Peru w dwa tygodnie
Poniżej znajdziesz kompleksowy plan zwiedzania Peru w dwa tygodnie – m.in. Huacachina, Machu Picchu, jezioro Titicaca, Cusco czy tęczową górę.
W październiku 2023 odbyliśmy podróż do kraju o bardzo różnorodnej naturze, wielowiekowej historii i bogatej kultury – a mowa oczywiście o Peru. To tam właśnie możecie jeździć skuterem po drugiej największej na świecie pustyni, poznać potomków Indian, czy zrobić sobie zdjęcie na tle tęczowej góry na wysokości 5000 m.n.p.m. Nasza podróż była o tyle dla mnie ekscytująca, iż pierwszy raz postawiłam stopę poza granicami Unii Europejskiej.
Ten wpis będzie na tyle szczegółowy, na ile moja pamięć mi pozwoli, by jak najbardziej ułatwić Wam podróż do tego egzotycznego kraju. Chciałam, by był krótszy, jednak uważam, że lepiej napisać więcej, a Wy sobie wybierzecie to, co jest najbardziej potrzebne. Poniżej każdego rozdziału znajdziesz również krótkie podsumowanie w punktach, jeśli nie masz siły czytać wszystkiego szczegółowo 🙂
Spis treści
- 1. Kilka słów o Peru
- 2. Jak dostać się do Peru?
- 3. Dwutygodniowy plan zwiedzania
- 4. Lima i pierwszy szok kulturowy
- 5. Paracas - pingwiny i druga największa pustynia na świecie
- 6. Ica (Huacachina), sunboarding i istny rollercoaster
- 7. Arequipa - wulkany, Juanita i pierwszy stek z alpaki
- 8. Kanion Colca - pierwsze zetknięcie z wysokością
- 9. Jezioro Titicaca
- 10. Cusco
Kilka słów o Peru
Peru to kraj położony w Ameryce Południowej nad Oceanem Spokojnym ze stolicą w Limie. Graniczy z pięcioma krajami – Kolumbią, Ekwadorem, Boliwią, Brazylią oraz Chile. Jest to trzecie co do wielkości państwo na tym kontynencie.
Peru charakteryzuje przede wszystkim różnorodna natura i bogata historia. Można je podzielić na 3 krainy geograficzne: Costa (wybrzeże), Sierra (góry) oraz Selva (dżungla). Każdy z nich charakteryzuje się innym klimatem: w Andach spotkamy się z klimatem suchym, natomiast w Amazonii z wybitnie wilgotnym.
W większości kraju porozumiemy się w języku hiszpańskim (około 80%). Drugim najpopularniejszym językiem ojczystym wśród Peruwiańczyków jest indiański język keczua, a trzecim ajmara. Te dwa ostatnie możemy usłyszeć między innymi na wyspach jeziora Titicaca. Jeśli chodzi o znajomość języka angielskiego, to jest ona dość niska i umiejętność komunikacji w języku hiszpańskim na pewno okazuje się pomocna. Zwłaszcza jeśli chcemy na miejscu zorganizować wycieczkę bądź wynegocjować cenę.
Jak dostać się do Peru?
Do Peru możemy się dostać samolotem z kilku krajów Unii Europejskiej. Z reguły czeka nas około 12-godzinny lot. Widziałam z Polski trzy strategiczne miejsca na przesiadkę – Amsterdam, Paryż oraz Madryt. My lecieliśmy z Krakowa przez Madryt. Loty polecam obserwować z większym wyprzedzeniem. Na około 4-5 miesięcy przed planowaną datą wyjazdu, loty kosztowały około 3500zł w dwie strony. Natomiast na miesiąc przed ceny wzrosły do 5-6 tysięcy.
Można też wybrać mniej wygodną i dłuższą opcję z dwoma lub trzema przesiadkami. Są one często nieco tańsze. Z reguły są to opcje z lotem przez Nowy Jork, Miami lub Bogotę.
Dwutygodniowy plan zwiedzania
Dwa tygodnie w Peru to według mnie absolutne minimum, jakie warto przeznaczyć na zwiedzanie. My byliśmy na miejscu 17 dni i udało nam się zwiedzić bardzo dużo, niemniej jednak musieliśmy odpuścić m.in. Amazonkę.
Miejsca, które odwiedziliśmy:
- Lima
- Paracas (pustynia)
- Huacachina
- Arequipa (w tym rafting po rzece Rio)
- Kanion Colca
- Jezioro Titicaca
- Cusco
- Vinicunca
- 4-dniowy Salkantay trekking + Machu Picchu.
Wszystkie te miejsca uda Wam się zmieścić w 14 dni, lecz przygotujcie się na dość wysoką intensywność. Niektóre noce zamiast w łóżku spędziliśmy w busach (wygodnych i sprawdzonych), aby przyciąć trochę budżet i zaoszczędzić na czasie. O busach i noclegach przeczytasz TUTAJ.
Przygotujcie się również na duże odległości między poszczególnymi punktami do odwiedzenia. My, by zobaczyć jak najwięcej, podróżowaliśmy busami, jednak jeśli macie trochę mniej czasu, można niektóre miejsca pominąć i wybrać krajowy lot samolotem. Takie połączenia znajdziecie m.in. między Limą, Arequipą i Cusco. W naszym przypadku skorzystaliśmy tylko z jednego połączenia samolotem – z Cusco na lotnisko do Limy.
Dokładnie o tym, jak się przygotować na wyjazd do Peru, przeczytasz w oddzielnym wpisie. Oprócz informacji o noclegach i transporcie, przeczytasz też o zalecanych szczepieniach, wymianie pieniędzy, przydatnych aplikacjach, jakie ubrania warto mieć ze sobą i wiele innych.
Lima i pierwszy szok kulturowy
Nasza podróż zaczęła się od wylądowania w Limie około godziny 5 rano. Także o całym jet lagu nie było raczej mowy, ponieważ całość przespaliśmy w samolocie. 🙂 Na stolicę mieliśmy przeznaczony cały jeden dzień i nie uważam, żebyśmy potrzebowali więcej. Spokojnie tyle czasu wystarcza, by zobaczyć najważniejsze miejsca.
Na lotnisku w Limie od razu powitały nas tłumy naganiaczy, z których większość oferowała usługi taxi. Dogadaliśmy się z jednym z nich, który zawiózł nas do dzielnicy Miraflores, w której mieliśmy też zarezerwowany nocleg. Naszym wyborem było Wynwood Berlin in Miraflores, które z pewnością mogę polecić ze względu na bardzo komfortowe warunki oraz lokalizację. Ponoć Miraflores to najlepsza dzielnica dla turystów. Ceniona jest nie tylko za największą ilość zabytków i atrakcji, ale także za bezpieczeństwo.
Po wyjeździe z lotniska lekkim szokiem jest spotkanie się z peruwiańskim ruchem drogowym. Na ulicy nie spodziewajcie się nawet podstawowej ilości znaków drogowych. Samochody prawie wjeżdżają w ludzi przechodzących w niemal każdym miejscu, a klakson jest używany znacznie częściej niż hamulec. Ale tak siedząc przy kierowcy i modląc się w duchu o to, że nie umrzemy podczas naszych pierwszych 5 minut w Ameryce Południowej, można zaobserwować naprawdę wiele. Na pierwszy rzut oka jest widoczna kultura sprzedawania dosłownie wszystkiego co można, ogromne tłumy ludzi oraz niedokończone budynki mieszkalne.
Niemniej jednak odjeżdżając parę kilometrów dalej już wygląda to nieco inaczej. Jest nieco spokojniej, cywilizowanie, a okolica trochę bardziej może cieszyć nasze oczy. Czy to znaczy, że jest lepiej? To zależy, co lubimy – ja chętnie zwiedzam zarówno bardzo lokalne zakątki, jak i najbardziej turystyczne atrakcje 🙂
Co warto zobaczyć w Limie?
Będąc jeden dzień nie zwiedzimy wszystkiego, ale mimo wszystko da się trochę przejść. Głównym punktem spaceru jest wybrzeże z charakterystycznym klifem, które roztacza się z poziomu Parque del Amor (Parku Miłości).
Niedaleko znajduje się też latarnia morska, do której można kontynuować spacer. Przez cały czas możemy podziwiać piękne widoki na ocean. Z parku możemy udać się na kamienną plażę (Playa Waikiki), by trochę odpocząć.
Wieczorem udaliśmy się do cudownego Parku Fontann (Parque de la Reserva). Wejście kosztuje 4 sole od osoby. Ten Park znajduje się zresztą obok Stadionu Narodowego (Estadio Nacional). My akurat mieliśmy to szczęście, że w tym dniu odbywał się mecz Peru-Argentyna! Poszliśmy pod stadion, gdzie okazało się, że wielu Peruwiańczyków właśnie tam też ogląda mecz. Rozkładają namioty, telewizory, a do tego wszędzie chodzą sprzedawcy z piwem i przekąskami, by nam się lepiej kibicowało 🙂
Gdybyśmy mieli więcej czasu, do naszego planu zwiedzania dołożylibyśmy jeszcze Huaca Pucllana. Czynne jest w każdy dzień oprócz wtorku.
Punktowe podsumowanie Limy
NOCLEG: Wynwood Berlin in Miraflores (10/10)
ILOŚĆ NOCY: 1
CO ZWIEDZIĆ: Parque del Amor, Playa Waikiki, Parque de la Reserva, Estadio Nacional i Huaca Pucllana.
Paracas - pingwiny i druga największa pustynia na świecie
Kolejnego dnia (środa) pojechaliśmy z Limy do Paracas, czyli do małej miejscowości nad oceanem. Tam również mieliśmy w planie jedną noc w czteroosobowym pokoju w Hostal Brisa Marina. Tutaj pierwszy raz zetknęliśmy się z tym, że okno z pokoju mieliśmy na… korytarz zaraz za recepcją 🙂 Generalnie było czysto i bardzo tanio (zapłaciliśmy niecałe 35zł od osoby za nocleg ze śniadaniem!).
Tego samego dnia udaliśmy się do jednej z agencji (Agencia de viajes), których w każdym mieście znajdziecie naprawdę mnóstwo. Z ich pomocą wypełniliśmy cały następny dzień zwiedzaniem, kończąc dzień w Huacachinie.
W TYM ARTYKULE dowiesz się więcej o agencjach turystycznych w Peru.
Las Islas Ballestas
Dzień zaczęliśmy od rejsu na Las Islas Ballestas, czyli wyspy oddalonej około godziny od portu w Paracas. To tam można zobaczyć m.in. malutkie pingwiny czy dostojne lwy morskie. Ze względu na swoją różnorodną faunę, jest to miejsce, którego nie można ominąć, jeśli będziecie w Paracas.
Odwiedź drugą największą pustynię na świecie!
Po rejsie mieliśmy zaplanowany przejazd na pustynię i czerwoną plażę. Jak się okazało na miejscu, Reserva Nacional w Paracas to druga, zaraz po Saharze, największa pustynia na świecie! Widoki są nieziemskie, zwłaszcza dla osoby, która pierwszy raz widziała pustynię. A naszym środkiem transportu było, widoczne na załączonym zdjęciu, boogie 🙂 Jeśli będziecie chcieli zobaczyć pustynię, polecam właśnie tym. Jest to opcja z przewodnikiem, który coś Wam może przy okazji opowiedzieć.
Jeśli nie chcielibyście skorzystać z boogie (a polecam!), to inną możliwą opcją jest wypożyczenie skutera. Wtedy dostajecie mapę i jedziecie bez przewodnika, więc jesteście nieograniczeni czasowo w danym miejscu.
Ica (Huacachina), sunboarding i istny rollercoaster
Z agencji w Paracas czekał na nas bus, który w godzinę zawiózł nas właśnie do Huacachiny. Na miejscu z kolei miał czekać na nas Pan, który się nami zajmie i zabierze nas na sunboarding. Na Pana musieliśmy trochę poczekać, a dodatkowo było bardzo ciężko dogadać się z nim przez telefon. Generalnie niektóre rzeczy u Peruwiańczyków ciężko zrozumieć, nawet jak umiecie hiszpański.
Kiedy w końcu udało nam się wszystkim spotkać, poszliśmy za Panem od razu do… nazwijmy to bardzo dużego boogie 🙂 Niestety nie mam pojęcia jak się nazywa ten transport, ale znajdziecie go na zdjęciu poniżej.
Zanim dotarliśmy na sunboarding mieliśmy przejechać kilka kilometrów po pustyni. I tutaj zaczął się istny rollercoaster! Okazało się, że to bardzo duże boogie potrafi jechać z zawrotną prędkością, a przy braku drzwi tym bardziej było to odczuwalne. Wykrzyczeliśmy się i wybawiliśmy się jak dzieci, podczas gdy Pan kierowca pozostawał z niewzruszoną miną 🙂
Sam sunboarding był też świetnym przeżyciem. Każdy z nas miał po dwa/trzy zjazdy na desce – najpierw z mniejszej górki, a potem z większej. Można siedzieć albo leżeć na brzuchu, do stania już jest wymagany lepszy sprzęt i przypięcia.
Huacachina jest bardzo ciekawie położona. Jest to małe miasteczko zbudowane wokół małej oazy, otoczone pustynnymi wydmami. Zamieszkuje je około 200 osób. My nie zostawaliśmy w nim na noc – nie widzę w sumie w tym większego sensu. Za to mieliśmy chwilę czasu na posiłek, więc zjedliśmy w Mosquito Bar. Jedzenie może nie było najlepsze, ale za to jest super widok z tarasu na górze. Na koniec dnia pojechaliśmy do Ici, gdzie wsiedliśmy do busa (korzystaliśmy z przewoźnika Cruz del Sur) i po 13 godzinach drogi znaleźliśmy się w Arequipie 🙂
Szybkie podsumowanie
Nocleg: Hostal Brisa Marina (6/10, ale tani)
Ilość nocy: 1
Co zwiedzić: Las Islas Ballestas, Reserva Nacional i Huacachina.
Arequipa - wulkany, Juanita i pierwszy stek z alpaki
Arequipę wzieliśmy pod uwagę głównie jako świetną bazę wypadową (m.in. do Kanionu Colca). Jest to miasto położone na nieco większej wysokości (2325 m n.p.m.), które otaczają góry Cordillera Volcanica. Jest to również drugie co do wielkości miasto w Peru.
Robiąc mały research o Arequipie znaleźliśmy informację, że bywa ona często określana jako biały Kraków. I okej, można się z tym w jakimś stopniu zgodzić i na pewno jest to jedno z ładniejszych miast, które udało nam się odwiedzić (poza Cusco). Jest to też miasto, w którym jeden dzień warto poświęcić na zwiedzanie. Niemniej jednak do Peru przyjeżdża się głównie dla natury, kultury i historii, a miasta same w sobie nas nie powaliły.
Arequipę za to bardzo wyróżnia jej położenie i otaczające ją wulkany. Wyróżniamy trzy najpopularniejsze: El Misti, Chachani oraz Pichu Pichu (ponoć najstarszy z tych trzech). Ten pierwszy zdecydowanie wyróżnia się najbardziej z nich wszystkich, ponieważ zobaczymy go niemal z każdego miejsca w Arequipie. Jest także uważany za najbardziej niebezpieczny – ostatni raz był aktywny w 1985 roku, także stosunkowo niedawno.
Zobacz na własne oczy 500-letnie zwłoki Juanity
Jeśli miałabym wymienić jedno muzeum, do którego każdy powinien się udać będąc w Arequipie, na pewno byłoby to muzeum archeologiczne (Museo Santuarios Andinos). To tam właśnie można zobaczyć na własne oczy 500-letnie zwłoki Juanity.
Juanita była dziewczynką, którą mniej więcej około 1450 roku złożono w ofierze dla bogów podczas inkaskiego rytuału capacocha. Najprawdopodobniej zginęła od silnego ciosu obuchem w głowę i jej śmierć nastąpiła na miejscu. Przez 500 lat spoczywała na górze ponad 6000m.n.p.m, a jej ciało zostało odkryte dokładnie w 1995 roku przez odkrywców z National Geographic Society, którzy badali wpływ erupcji nieopodal położonego wulkanu. Okazało się bowiem, że w wyniku erupcji rozpuściła się warstwa lodu i Juanita spadła w głąb krateru. Ciekawym jest, że największy wpływ na rozkład jej ciała nie miało to 500 lat, tylko ostatnie 15 dni przed jej wydobyciem.
Na miejscu zabronione jest robienie zdjęć, stąd nie ma ich tutaj – za to wrzucam parę zdjęć z samej Arequipy.
Co poza Arequipą? Rafting!
Jak wspomniałam wyżej, Arequipa jest dobrą bazą wypadową. Z niej możecie pojechać m.in. do kanionu Colca czy na trekking do wulkanu El Misti. A jeśli lubicie sporty, polecam udać się na rafting po rzece chili. Bardzo fajna zabawa i niesamowici instruktorzy! 🙂
Nam transport załatwiła właścicielka noclegu, niemniej jednak z łatwością znajdziecie taką atrakcję w którejś z agencji turystycznych w centrum miasta. Możecie też skorzystać z GetYourGuide, tylko jest to pewnie droższa opcja.
Gdzie zjeść (lub lepiej nie) w Arequipie?
Właścicielka znalezionego przez nas noclegu na bookingu wyposażyła nas w mapkę z atrakcjami i polecanymi restauracjami w Arequipie. Godną rekomendacji jest restauracja Zig Zag. Nie jest ona wprawdzie najtańsza, niemniej jednak to tam właśnie możecie spróbować bardzo dobrego steka z alpaki i innych wytworów peruwiańskiej kuchni. Choć dziwnie mi było z faktem zjedzenia tego słodkiego zwierzątka to w kuchni peruwiańskiej jest to bardzo cenione mięso. Głównie ze względu na najniższy poziom cholesterolu na tle innych mięs.
Drugą polecaną restauracją była “La Nueva Palomino”, czyli restauracja znana typowo z kuchni peruwiańskiej. Ma krótkie godziny otwarcia, ponieważ jest czynna tylko między 12:00 a 16:30. To w niej możecie zjeść m.in. słynną świnkę morską. Oczywiście jeśli Wam się uda 🙂 Nam się niestety nie udało, ponieważ jak dotarliśmy około godziny 15:30, to niestety prawie nic już nie było i każde z nas musiało zamówić gulasz (jedno z niewielu dań, które zostało). I było to jedno z najgorszych dań jakie jadłam w swoim życiu. Do tego stopnia, że miałam ochotę sobie przyznać napiwek za zjedzenie tego “dania”. I była to wspólna opinia naszej czwórki. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia dlaczego ta restauracja ma tak wysokie opinie. Chyba tylko za wygląd, który rzeczywiście jest ciekawy i oryginalny.
Niedaleko tej restauracji znajduje się punkt widokowy (Mirador de Yanahuara), z którego widok może bardziej by nas urzekł, gdyby nie ten okropny posiłek 🙂
Szybkie podsumowanie
NOCLEG: Lilium Apartment & Experiences (9/10 – byłoby 10, gdyby nie to, że bardzo słychać w nocy hałas z ulicy. Polecam wziąć stopery :)).
ILOŚĆ NOCY: 2
CO ZWIEDZIĆ: Museo Santuarios Andinos, Mirador de Yanahuara, rafting po rzece chili, kanion Colca
POLECAJKA JEDZENIOWA: ZigZag
Kanion Colca - pierwsze zetknięcie z wysokością
Między Arequipą a jeziorem Titicaca udaliśmy się do kanionu Colca – najgłębszego kanionu na świecie. Dostać się można do niego właśnie z Arequipy wycieczką zorganizowaną z agencji turystycznej. Do wyboru mamy: wycieczkę jednodniową, dwudniową lub trzydniową (te dwie ostatnie są połączone z trekkingiem). My ze względu na ograniczony czas i zaplanowany Salkantay pod koniec wyjazdu, wybraliśmy opcję pierwszą. Ponadto, zarówno jednodniowa jak i dwudniowa wycieczka zawierają w sobie te same najważniejsze punkty kanionu. Po prostu dwudniowa jest wzbogacona o kilkugodzinny trekking.
Jeśli to Wasze pierwsze zetknięcie z większą wysokością (podczas trasy wjeżdżacie na około 4600 metrów n.p.m.) to polecam żuć liście koki, pić z niej napar bądź wziąć tabletkę na chorobę wysokościową. Jest ta wysokość trochę odczuwalna niezależnie od tego jak bardzo jesteśmy zdrowi i aktywni na co dzień. Objawy jakie mogą się pojawić to kołatanie serca, zawroty i ból głowy oraz wymioty. Więcej o chorobie wysokościowej przeczytasz tutaj.
Wycieczka zorganizowana po kanionie
Ze względu na napięty plan wycieczki autobus przyjechał po nas już o godzinie 03:00 rano. Przed 06:00 dojechaliśmy do miasteczka Chivay, gdzie czekało na nas śniadanie. Jak każde takie wliczone w cenę śniadanie było bardzo podstawowe, czyli bułka, masło, dżem i jajecznica. Po śniadaniu mieliśmy w planie 3 różne punkty widokowe i krótki półgodzinny trekking. Jednym z punktów widokowych był Mirador Cruz del Condor, czyli miejsce, z którego najlepiej i najczęściej widać kondory. My mieliśmy szczęście i udało nam się lot jednego wyłapać.
Punkty widokowe zajęły nam około 2-3 godzin, a w czasie jazdy przewodniczka opowiadała nam o kanionie. Po wszystkim mieliśmy do wyboru różne atrakcje, m.in. gorące źródła w Yanque (Banos termales), spływ kajakowy dla początkujących i krótką jazdę konno. My wybraliśmy to pierwsze i niestety nie wyglądają one tak jak na zdjęciach z Google 🙂 Spełniają swoją funkcję, ale niestety jest to trochę zaniedbane miejsce.
Po obiedzie zostaliśmy podwiezieni z powrotem do Chivay skąd zabrał nas autobus do Puno. Znowu bądźcie przygotowani na trochę dłuższą jazdę, bowiem droga zajmuje około 6 godzin. Wszystko zorganizowaliśmy razem z właścicielką naszego noclegu z booking.com, łącznie z busem do Puno.
Jezioro Titicaca
Jezioro Titicaca to najwyżej położone żeglowne jezioro na świecie w sercu And Środkowych. Znajduje się ono bowiem na wysokości 3812 metrów n.p.m. Na jeziorze jest kilka naturalnych wysp oraz wiele pływających sztucznych zwanych Uros i to na jednej z nich mieliśmy swój nocleg. Właśnie na wyspie Uros możecie porozmawiać i poznać zwyczaje indian Ajmara, którzy sami zbudowali te wyspy z trzciny.
Aby dostać się na wyspy Uros, trzeba liczyć około 30 minut płynięcia łódką z portu w Puno. My zorganizowaliśmy tę przeprawę z właścicielami noclegu przez booking. W porcie (choć ciężko mi było nazwać błoto i kilka desek portem :)) czekał na nas don Mario i zabrał nas na łódkę prosto do UROS MAYA LODGE, które serdecznie polecam!
Nocleg na środku jeziora
Gdy dotarliśmy późnym wieczorem na wyspę, z otwartymi ramionami przywitała nas właśnie Maya. Peruwiańczycy ogółem są otwarci, ale ta kobieta przerosła najśmielsze oczekiwania 🙂 Z taką otwartością i chęcią do rozmowy dawno się nie spotkaliśmy.
Sam nocleg był bez zarzutu – miał dokładnie tyle, ile można się spodziewać na środku jeziora + prysznic z hydromasażem :). Pokój (czteroosobowy w naszym przypadku) był przepięknie położony – przy samej wodzie z przeszklonymi ścianami, dzięki czemu można było podziwiać rano wschód słońca.
W czasie zimnej nocy można się ogrzewać kocami z alpaki i termoforem od Mayi. Ogrzewanie także jest, jednak dodatkowo płatne. Chociaż koce z alpaki są cieplejsze niż cokolwiek innego, więc bez problemu można nimi ogrzać nawet największego zmarzlucha (jak mnie na przykład 🙂
Następnego dnia przed wyjazdem dostaliśmy do ubrania tradycyjne peruwiańskie stroje. Praktycznie każdy z elementów ma jakieś znaczenie. Na przykład moje kolorowe pompony oznaczają, że jestem singielką, a czarne u Mayi oddają fakt, że już jest zamężna. Oczywiście nie chodzą oni w takich strojach na co dzień, jest to wszystko zrobione raczej pod turystów. Maya wytwarza także własnoręcznie różne obrazy na tkaninie lub poszewki na poduszki, jak zresztą wiele kobiet mieszkających na tych wyspach. Można wspomóc jej biznes zakupując taką jako pamiątkę do domu.
Pamiętajcie, że możecie też po prostu wybrać nocleg w Puno i zwiedzić Uros podczas rejsu. Ja jednak polecam przespanie się na wyspie – to było jedno z najfajniejszych doświadczeń kulturowych podczas całego wyjazdu.
Z ciekawostek (a takich usłyszycie sporo na miejscu): na Uros znajdują się trzy szkoły i jedno przedszkole! Dzieci podróżują do nich łódkami. Z kolei zakupy robi się, jak sklep podpływa do danej wyspy.
Rejs na wyspę Taquile
Rejsów po jeziorze Titicaca jest naprawdę mnóstwo. Możecie je zarezerwować w dowolnej agencji w Puno bądź, na przykład, przez aplikację. Nam rejs załatwiła właśnie nasza właścicielka Maya. Podejrzewam, że w innych noclegach na wyspie również właściciele to ogarniają. Tam raczej wszyscy się znają i każdy wszystko wie. 🙂
Wycieczka na Taquile jest jedną z najbardziej popularnych, zaraz po rejsie na Uros. Czas płynięcia na wyspę z Uros wynosi około godziny, więc szacuję że z Puno wyniosłaby około półtorej godziny.
Będąc na wyspie, można w pigułce poznać zwyczaje Taquileños, czyli mieszkańców wyspy Taquile. Chociażby ciekawym wspomnienia jest to, że single są raczej traktowani tam jak dzieci, a dopiero wejście w związek małżeński symbolizuje dorosłość. Z kolei mężczyzna, aby mógł być brany pod uwagę jako dobry kandydat na męża musi się wcześniej wiele naszyć. Bowiem oceniany jest po jakości uszycia czapki. Jeśli ojcu kobiety, którą chce poślubić dany mężczyzna, nie spodoba się czapka, musi ją uszyć jeszcze raz. I tak aż do skutku. Więcej nie spoileruję, bo fajnie dowiedzieć się o tych zwyczajach na miejscu. 🙂
Do wycieczki wlicza Wam się także posiłek. Miejcie również na uwadze, że jest to wycieczka dość turystyczna, więc cały “pokaz” zwyczajów jest robiony stricte pod pieniądze. Ciężko podczas takiej wycieczki o taką prawdziwość jaką chcielibyśmy odkryć.
Podsumowanie
NOCLEG: UROS MAYA LODGE (10/10 – takiej gościny nie uświadczycie nigdzie indziej)
ILOŚĆ NOCY: 1
CO ZWIEDZIĆ: Wyspy Uros – rozmowa z lokalną rodziną Indian z plemienia Ajmara oraz rejs na wyspę Taquile i poznanie zwyczajów.
Cusco
Vinicunca z Cusco
Z Puno mieliśmy zaplanowanego nocnego busa prosto do Cusco. Przejazd trwał około 7 godzin. W Cusco ogółem spędziliśmy najwięcej czasu, ponieważ 3 noce, a potem jeszcze dwie po Machu Picchu przed samym wylotem. Pierwszy dzień po Puno poświęciliśmy na zwiedzanie miasta, zameldowanie się w hotelu i odpoczynek, ponieważ następnego dnia czekała nas Vinicunca – czyli pierwsze pokonanie 5000 metrów n.p.m. Wprawdzie byliśmy już przyzwyczajeni do wysokości, niemniej jednak byłam ciekawa jak nasze organizmy zareagują na jeszcze większą wysokość.
Wycieczkę na Vinicuncę załatwialiśmy przez agencję wycieczek. Szczerze mówiąc, nie wiem czy jest możliwość zorganizowania sobie transportów samemu. Jedyna opcja jaka nam przyszła do głowy to zamówienie taxi, ale było to dużo droższe niż agencja.
Na parkingu, na który podjeżdżają busy, stoi karetka a po drodze spotkacie ludzi dźwigających butle z tlenem. Podejście do słynnego punktu widokowego zajmuje około godzinę-półtorej. Jest ono bardzo łatwe, niemniej jednak wysokość robi swoje i czuć kołatanie serca oraz zadyszkę. W miarę często konieczny jest krótki odpoczynek. Wystarczy kilka sekund a wszystko wraca do normy i możemy iść dalej.
Agencja nie daje Wam wiele czasu na samej górze. Czym dłużej jesteśmy na takiej wysokości, tym gorszy ból głowy i większa szansa na omdlenia. Jeśli dobrze się czujecie, polecam iść dość żwawo, ponieważ, wierzcie mi, nie tylko Wy chcecie sobie zrobić takie znane zdjęcie na tle kolorowej góry. 🙂 My czekaliśmy w kolejce około 20 minut, a za nami ustawiało się jeszcze trzy razy więcej ludzi.
My mieliśmy jeszcze całkiem sporo czasu, więc dostaliśmy propozycję od naszego przewodnika, że jeśli dobrze się czujemy to możemy podejść na Czerwoną Dolinę (Valle Rojo). Droga do niej prowadzi w dół, tak jak do parkingu, a następnie odbijamy w lewo i maszerujemy znowu pod górę. Na początku i na końcu drogi należy zapłacić po 10 soli od osoby. Opłatę na końcu drogi musicie uiścić żeby dostać się na punkt widokowy i cokolwiek zobaczyć po drugiej stronie. Pan dosłownie stoi w przejściu i dopóki nie zapłaciliśmy nie mogliśmy nic zobaczyć.
Zdecydowanie było warto, ponieważ widoki są jeszcze lepsze niż na Vinicunce. Po jednej stronie mamy krwistoczerwone góry, po drugiej zieleń, a miejscami na wierzchołkach pojawiał się śnieg. Niesamowite widoki i jeśli tylko czujecie się dobrze, koniecznie tam zajrzyjcie.
Na parking trochę biegliśmy, bo czasu mieliśmy na styk. Po wszystkim bus zabrał nas na Plaza Mayor do Cusco.
Co zwiedzać w Cusco?
Cusco jest zdecydowanie najładniejszym miastem w Peru, ale też najbardziej turystycznym. Warto pochodzić sobie po tym mieście i pozwiedzać wąskie uliczki (miejscami zresztą przypominające Europę). Wśród punktów wartych odwiedzenia na pewno umieściłabym Plaza Mayor oraz Coricanchę, czyli świątynię Słońca.
Nocleg: Hotel El Mariscal Cusco (9/10 – odjęty punkt za okna wychodzące na korytarz, ale to chyba standard w Peru)
Ilość nocy: 3 + 2 po Machu Picchu
Gdzie zjeść: Cafe Macchiato (śniadanie/obiad/kolacja – byliśmy kilka razy i było pysznie) oraz Llama Cafe. Na piwo lub drinka polecam przejść się do KM 0 – my trafiliśmy na Happy Hours i muzykę na żywo.
Co zwiedzić: La Plaza Mayor, Coricancha, Museo Historico Regional de Cusco (wprawdzie nie byliśmy, ale ponoć warto połączyć to z Coricanchą).
Z Cusco do Machu Picchu - Salkantay trekking
Salkantay trekking można nazwać alternatywną drogą do Aguas Calientes, czyli miasteczka pod Machu Picchu. Jest to marsz 3, 4 lub 5 dniowy, w zależności od wyboru trasy. My zrobiliśmy 4 dniowy trekking, z czego ostatni dzień to wejście na Machu Picchu. Na trasie znajdują się małe wioski, w których możemy się przespać i zjeść coś ciepłego. Możecie również wziąć ze sobą namiot i rozkładać się wtedy gdzie tylko chcecie.
Opis trekkingu Salkantay zasługiwał na oddzielny wpis, który możecie przeczytać TUTAJ. Znajdziecie tam opis każdego dnia z naszego 4-dniowego trekkingu oraz opis Machu Picchu.
Po Machu Picchu spędziliśmy jeden dzień w Cusco i zaopatrzyliśmy się w pamiątki. Następnego dnia mieliśmy lot do Limy, a stamtąd z powrotem do Madrytu i do Polski. Lot z Cusco do Limy jest bardzo łatwo zarezerwować, ponieważ latają praktycznie co godzinę.

2 komentarze
[…] Dlatego najważniejszym punktem przygotowania się to AKLIMATYZACJA. Nie bierzcie się za ten trekking dzień po przylocie do Peru. Zróbcie wcześniej inną wycieczkę w góry lub chociaż spędźcie kilka dni w Cusco, które jest położone na mniej więcej 3400 m.n.p.m.. Uważam, że aby obyło się bez niespodzianek, aklimatyzacja powinna trwać co najmniej 5 dni. Dla nas to był ostatni punkt prawie 3-tygodniowego wyjazdu. Takimi punktami przygotowywawczymi były dla nas wycieczka na Vinicuncę (tę tęczową górę) oraz do kanionu Colca. O całej naszej trasie możesz przeczytać TUTAJ. […]
[…] tylko delikatnie zasugeruję, że jest cały post o tym co zwiedzaliśmy po kolei i jak to zorganizowaliśmy. Także polecam sobie ten post […]